Podróż do Irlandii cz. 1

Pierwsze przybycie do kraju, do którego przystęp jest wyłącznie możliwy za pomocą wylądowania, zawiera w sobie szczególniejszy urok. Trzygodzinna morska przeprawa pomiędzy Holyhead a irlandzkim portem Kingstown, odbywa się zwykle po wzburzonych falach, z radością więc podróżni witają ciemną masę lądu rysującego się na horyzoncie, lądu oznaczonego przez Diodora, jako wyspę najdalej na północy leżącą. W miarę jak statek posuwał się naprzód, kształt brzegów występował wyraźniej, chociaż otulały je mgły lekko ozłocone promieniami zachodzącego słońca. Mgła nie dozwalała rozpoznać o ile Irlandczycy mają słuszność twierdzić, iż olbrzymia zatoka Dublińska jest najzupełniej podobną do słynnej zatoki Neapolitańskiej. Może mają rację, robiąc to porównanie, zwłaszcza jeżeli przypuszczają, że brakujący Wezuwiusz można zastąpić mgłą. Lecz po cóż się bawić w robienie porównań? Tym więcej, że zatoka Dublińska śmiało może być zaliczona do rzędu najpiękniejszych, a tak jak każda inna nosi właściwy sobie charakter. Wdzięk jej jest dyskretny bo łańcuch wysokich gór, który ją okrąża, ma szczyty prawie zawsze zasłane ciężkimi chmurami, nadającymi morzu melancholiczne szare zabarwienie.