Podróż do Irlandii cz. 12

Zatrzymująca się publiczność głośno rozprawia o morderstwie spełnionym przez „niezwyciężonych”. Wieczne roznamiętnienie polityczne nie dozwala Irlandczykom na ocenienie faktu z czysto humanitarnego stanowiska, lecz dziwnym jest, że Anglia, umiejąca czcią wynagradzać zasługi swych synów, nie wzniosła dotąd posągu, a chociażby najskromniejszego pomnika, przypominającego śmierć, jaką ponieśli w tym miejscu Burkę i Cayendisb. Objaśniono mię, że rząd angielski powstrzymał się w obawie znieważających manifestacji ze strony publiczności. Może to posłużyć jako drobne objaśnienie istniejących stosunków pomiędzy rdzenną ludnością a anglo-saksonami.

Ilość wojska stojącego załogi w Irlandii bywa rozmaita, zależnie od chwilowego nastroju w polityce miejscowej. Konstable, rodzaj konnej żandarmerii, składają się wyłącznie z Irlandczyków wypróbowanej wierności wobec rządu. Są to ludzie rośli, zdrowi, odważni, odznaczający się trzeźwością. Podczas pierwszej przechadzki po parku, miałam sposobność zobaczenia takiego Celta o Wysokiem czole, jasnej cerze, błyszczących niebieskich oczach, długich, jasno blond wąsach przypominających meroweuszów; smukły, kształtny, o szerokich ramionach siedział jak centaur na tęgim gniadym koniu o połyskującej sierści.