Podróż do Irlandii cz. 3

Ulice te wydały mi się szerokie a trzypiętrowe domy dostatnie. Na chodnikach mnóstwo było spacerujących, chociaż magazyny były pozamykane. Uderzył mnie brak kawiarni i cukierni, oraz liche oświetlenie miasta. Wśród tłumu uwijali się chłopcy boso i w łachmanach, krzycząc piskliwie tytuły „ekstra specjalnych” dzienników wieczornych. Szłam wciąż prosto i niedługo znalazłam się wśród ulic zupełnie pustych, milczących, prawie bez latarni, lecz niezmiernie długich i zabudowanych niskimi domami o ponurym wyglądzie. Gdyby nie rozlegające się miarowe kroki policeman’ów, można by myśleć, że tu wszystko skamieniało. Lecz wtem, na przecięciu ulic dostrzegłam w oddaleniu trochę światła. Dolatywały nawet stamtąd zmieszane ludzkie głosy, zaciekawiona przyśpieszyłam kroku. Lecz doprawdy nie warto było się śpieszyć! Światła i zgiełk pochodziły z „public houses”, to jest z szynków, takich samych jak te, które już widziałam w Anglii. Weszłam do pierwszego z brzegu. W sporej, brudnej izbie było tak pełno ludzi, jak owiec w owczarni. Stali wsparci plecami o nagie ściany, lub rozpierali się łokciami o kantor, wśród dymu, zaduchu, wyziewów alkoholu i smrodu zbitego stada ludzkiego.

One Comment
  1. Reklama
    Luty 12, 2018 |