Podróż do Irlandii cz. 6

W pierwszych dniach ważniejszym jest pochwycenie ogólnej fizjonomii miasta, aniżeli drobiazgowe zastanawianie się nad jego szczególnościami. Pragnęłam wyjść nazajutrz o jak najwcześniejszej godzinie, by ujrzeć Dublin w świeżości poranku, lecz ostrzeżono mnie, że wszystko w mieście śpi do godziny ósmej. I rzeczywiście, ujrzałam ulice puste i okiennice pozamykane. Dopiero około godziny dziewiątej służące zaczęły leniwo zamiatać przed drzwiami domów. Magazyny otwierały się powoli i zaledwie około godziny dziesiątej można było w nich znaleźć sprzedających, którzy kończą swoje urzędowanie pomiędzy szóstą a siódmą wieczór. Sprzedaje się tak nie wiele, zatem po cóż się bez potrzebnie fatygować?

Tramwaje a raczej „trams’y“, jak je w ogóle przez skrócenie nazywają w krajach anglo saksońskich, krążą prawie puste w przedpołudniowych godzinach. W Dublinie nie ma innych omnibusów jak tylko tramwaje, a prawie wszystkie wychodzą w gęstych promieniach z placu przed centralnym biurem pocztowym, którego gmach w stylu greckim, zdobny jest ponad frontonem trzema statuami: Hibernii  Merkurego i Wierności. Podobno, gdy jakiś przejezdny cudzoziemiec spytał się swojego dorożkarza, co właściwie przedstawiają owe trzy figury, ten odpowiedział bez wahania: „Dwunastu Apostołów!” a na zrobioną sobie uwagę, iż liczebnie się to nie zgadza, odrzekł: „Oni wychodzą po trzech kolejno!” Notuję tę anegdotkę jako charakterystyczną próbkę dowcipu irlandzkiego.